Zamęt i ostre światła

Dziś wydarzenie, które mnie, dorastającą w latach dziewięćdziesiątych, elektryzuje bardziej niż reaktywacja Spice Girls czy powrót Frugo. Ukazała się nowa płyta Alanis Morissette! Od lat wiem, czego się po niej spodziewać. Ale jak zawszę liczę, że tym razem mnie zaskoczy.





Pamiętam, gdy jako jedenastolatka pierwszy raz zobaczyłam „Ironic” w MTV. Cztery dziewczyny (we wszystkich rolach Alanis) jadą samochodem ośnieżoną drogą i śpiewają na cały głos. Niecierpliwie czekałam, aż clip pojawi się znowu, bo chciałam zapisać sobie trudne do wymówienia nazwisko piosenkarki. Alanis Morissette była moim pierwszym świadomym wyborem muzycznym.

Wychowałam się na ćwiczeniach operowych mojej Mamy i perfekcyjnych głosach div początku lat dziewięćdziesiątych (rynkiem muzycznym rządziły wtedy Whitney Houston, Celine Dion i Mariah Carey). Śpiewałam piosenki z „Małego Kominiarczyka” Brittena, w którym występowała Mama, z musicalu „Dźwięki Muzyki” i filmów Disneya. Z koleżankami w szkole słuchałyśmy Spice Girls i chłopaków z boysbandów ubranych w identyczne ogrodniczki i tańczących w rytm piosenek o wiecznej miłości.

Alanis była inna. Zbuntowana, o lekko załamującym się, przejmującym głosie, wrzeszczała, przeklinała i na pewno nie miała przygotowanej żadnej choreografii! Rzucała się po scenie, używała słów, których znaczenia trzeba było szukać w słowniku, grała trochę na gitarze, czasem kilka dźwięków na harmonijce ustnej, tak jakby dopiero uczyła się na niej grać. W swoich piosenkach bez wstydu opowiadała o wszystkim co jej leżało na sercu.

Chciałam być taka jak ona. Miałam gitarę i długie włosy. Znałam wszystkie jej piosenki na pamięć. „All I really want” budziło mnie rano, „Perfect” puszczałam gdy byłam zła na rodziców, „You oughta know” leczyłam się z nieszczęśliwej miłości, a na „Mary Jane” uczyłam się śpiewać długie wysokie nuty. Godzinami siedziałam w Internecie, blokując telefon i skazując rodziców na astronomiczne rachunki (o stałym łączu nikt z nas wtedy jeszcze nie marzył!), bo szukałam wywiadów i zdjęć mojej idolki. Nie było wtedy stron plotkarskich i zdjęć robionych z ukrycia przez paparazzi. Dzięki temu było więcej miejsca na rozmowę o muzyce. Czytałam wywiady, wypowiedzi Alanis o tym, co ją zainspirowało do napisania piosenek, recenzje płyt i koncertów. Jej występ w ramach cyklu VH1 Storytellers udało mi się nagrać na kasetę VHS, koncert na żywo widziałam w Oslo. Gdy grała Boga w filmie „Dogma” od razu pobiegłam do kina. Miałam wszystkie płyty, na których znajdowała się przynajmniej jedna jej piosenka. Miłością do krążka „Unplugged” zaraziłam moją Mamę, brałyśmy go ze sobą w każdą podróż samochodem. Na egzamin do szkoły muzycznej stawiłam się z gitarą w ręku i piosenką Alanis w repertuarze. Dostałam się!

Dzięki Alanis zaczęłam moje muzyczne poszukiwania. Słuchałam „dziewczyńskich protest songów” Gwen Stefani, gdy była jeszcze wokalistką No Doubt, i równie niepokornej Holenderki Anouk. Gdy Alanis okrzyknięto Kurtem Cobainem w spódnicy, zaczęłam słuchać Nirvany i grunge’u. Gdy mówiono o niej, że jest hipiską lat dziewięćdziesiątych sięgnęłam po Janis Joplin i muzykę lat sześćdziesiątych. Później słuchając Arethy Franklin uczyłam się soulu, a Billie Holliday otworzyła mnie na jazz. Ale każda moja muzyczna fascynacja zaczynała się od śpiewających kobiet. Alanis nauczyła mnie też zwracać uwagę na teksty piosenek i na ich emocjonalny przekaz.

Gdy ukazała się płyta „Under Rug Swept”, byłam rozczarowana. Miałam wrażenie, że nasze muzyczne drogi się rozeszły. Podczas gdy ja słuchałam wszystkiego, co mi wpadło w ręce, nadrabiałam zaległości, uczyłam się muzyki rozrywkowej całego XX wieku, Alanis wydawała mi się tkwić w miejscu przy tych samych gitarowych riffach i podobnych konstrukcjach piosenek. Swoje poszukiwania muzyczne odbyła, gdy ja jeszcze byłam dzieckiem, kształtowanie swej muzycznej osobowości miała już dawno za sobą. Oczywiście ze względu na to, co kiedyś dla mnie znaczyła, nadal kupowałam każdą jej nową płytę, gdy tylko się ukazała. Nie porywały mnie one jednak tak jak kiedyś. Oczekiwałam od mojej idolki, że wciąż będę mogła się z nią identyfikować, że swoimi piosenkami będzie załatwiać moje sprawy, i że jej muzyka będzie także moją muzyką. A przecież Alanis zawsze załatwia swoje, bardzo osobiste sprawy i od lat robi swoją, bardzo charakterystyczną muzykę.

Niestety, chyba rzeczywiście najbardziej lubimy piosenki, które już znamy. Dużo łatwiej zachwycić się nowym talentem muzycznym, niż zaakceptować to, że nasi dawni idole obrali inną drogę niż byśmy chcieli. Oczekujemy by wciąż nas zaskakiwali, dając nam przy tym zawsze to samo znane nam i ukochane przez nas brzmienie. Pragniemy, żeby się rozwijali, ale żeby szli w tym samym kierunku, co my. Jednak niezależnie od tego ile razy poczujemy rozczarowanie, siła przywiązania każe nam dawać naszym ulubieńcom wciąż kolejne sznase.

Płyta „Havoc and Bright Lights” brzmi podobnie do poprzednich krążków Alanis. Jej głosu nie sposób pomylić z żadnym innym, piosenki od zawsze mają podobną budowę. Czasem zaskakuje elektroniczny wstęp, melodia zwrotki albo wyjątkowo delikatne jak na Alanis brzmienie. Syntetyczne dźwięki wciąż łączą się z lubianymi przez artystkę klasycznymi instrumentami. Wśród tekstów, napisanych w wyjątkowo spokojnym i spełnionym dla niej okresie, nadal nie brakuje zaczepnych protest songów. W większości piosenek pojawiają się charakterystyczne mocne gitarowe refreny, które sprawiają że kolejne utwory trudno odróżnić od dawnych piosenek Alanis. "Havoc and bright Lights" nie jest nowym rozdziałem w jej twóroczości, przywołuje raczej wspomnienia z przeszłości.

Przygotowując się do napisania tego tekstu weszłam na profil Alanis na Facebooku. Z sentymentem patrzę na dziewczynę (kobietę!), dzięki której zaczęła się moja przygoda z muzyką. Widzę, że wciąż czerpie ogromną radość ze śpiewania. Podziwiam ją za to, czego dokonała. Ilość i jakość projektów w jakich bierze udział, oraz konsekwencja z jaką kieruje swoją karierą jest imponująca. Wygląda na osobę spełnioną, nie tylko zawodowo. Gdy oglądam fragmenty jej występów na żywo albo zdjęcia ze studia nagraniowego, znów mam ochotę chwycić za gitarę. Jednak, zamiast posłuchać jeszcze raz „Havoc and Bright Lights”, po raz kolejny sięgam po „Jagged Little Pill”.

Trwa ładowanie komentarzy...